Ukryty byt - rozdział I
-Zapamiętajcie to. -
Średniego wzrostu kobieta wskazywała drewnianym gładkim i długim
kijkiem, służącym jej za wskaźnik, na tablicę na której napisany był
białą kredą ciąg liczb i liter układających się w matematyczny wzór,
będący dla wielu uczniów czarną magią. - Ten wzór będzie na
sprawdzianie. - W klasie rozbrzmiał chór głośnych jęków pełnych
sprzeciwu i dezaprobaty. - Więc liczę, że wszyscy mają go już zapisanego
w zeszytach. - W budynku szkolnym rozbrzmiał dzwonek oznajmiający
koniec lekcji, a co za tym idzie niektórzy uczniowie mogą już wrócić do
domu, tak było też i w tej klasie. - To wszystko na dziś. - Odłożyła
wskaźnik na jego honorowe miejsce pod tablicą i wróciła do swojego
biurka, by spakować materiały i zabrać dziennik.
W tym czasie większość
uczniów spakowała pospiesznie książki i w te pędy wybiegła z klasy, jak
by się paliło, no cóż im się dziwić w końcu był piątek, weekendu
początek.
- Ej, Alois! - Lekko otyły chłopak z pryszczami na twarzy potrząsnął mną, próbując mnie obudzić. - Wstawaj!
- Nie śpię ... - Podniosłem głowę z ławki i przeciągnąłem się ziewając - ale chciałbym.
- Rusz się, lekcja się
skończyła. - Rzucił w moją stronę pakując pośpiesznie swoje rzeczy do
plecaka. - Jeszcze by tego brakowało, by zamknęła nas babka na weekend w
szkole. - Marudził mój przyjaciel, Brian. Tak ten marudny osobnik, jest
moim przyjacielem i to najlepszym.
- Już, już, nie marudź,
nie zamknie nas. - Schyliłem się pod ławkę po plecak, ale go tam nie
było. Zdziwiony spojrzałem jeszcze pod krzesło, ale tam też nic.
Wyprostowałem się z zamiarem zapytania się Briana o to czy go nie
widział, ale to właśnie on go trzymał. - Dzięki. - Odebrałem od niego
plecak i razem wyszliśmy z klasy.
By wyjść ze szkoły
musieliśmy przejść cały korytarz, zejść dwa piętra w dół i przejść
połowę korytarza. Oczywiście przed wyjściem musieliśmy wejść jeszcze do
szatni by zabrać kurtki i zmienić buty.
- Chłopaki, jakie macie
plany na dzisiejszy wieczór? - Kiedy zakładałem moje ukochane tenisówki
podszedł do nas jeden z naszych kolegów z klasy, Joseph. Jak zwykle
ubrany był w swoją ulubioną granatową bluzę basebolową, a jego krótkie
blond włosy były ulizane w tak zwanego Pompadour.
- A co proponujesz? -
Brian wyraźnie się podekscytował na myśl o wyjściu w piątkowy wieczór.
Mnie to za bardzo nie rajcowało, a tym bardziej, że to Joseph coś
wymyślił, a jego pomysły były zwykle głupie lub niebezpieczne, niekiedy
jedno i drugie. Pokręciłem lekko głową z dezaprobatą, zawiązałem buty i
wyprostowałem się.
- Kojarzycie ten stary
dom niedaleko miasta? Podobno jest nawiedzony. - Na jego twarzy widoczna
była wielka ekscytacja. - Wraz z paroma osobami mamy zamiar sprawdzić
tą pogłoskę. Dzisiaj o północy spotykamy się przy bramie tego domu, więc
jak chcecie to możecie iść z nami.
-Może być całkiem ciekawie. - Brian z ekscytacją zwrócił się do Josepha. - Na pewno przyjdę.
- Mnie możecie wypisać. -
Założyłem kurtkę i zasunąłem ekspres. - Nie kręcą mnie takie rzeczy. -
Podniosłem plecak z podłogi i zarzuciłem go sobie na ramie. - Do
poniedziałku.
-Pa. - pomachał mi mój przyjaciel.
- Do zobaczenia. - powiedział Joseph.
Wyszedłem z budynku
szkoły i mijając grupki uczniów po drodze dotarłem do bram szkoły przez
które ochoczo przeszedłem zostawiając za sobą "więzienie dla
młodocianych przestępców" i wszystkich którzy uczęszczają do niego.
Skręciłem w prawo i spacerkiem szedłem jakieś siedem minut. Dotarłem do
mojego celu podróży. Niski betonowy płot ogradzający małą działkę, na
której znajdował się mały ogródek i jednorodzinny dom. Popchnąłem
furtkę, która pod wpływem siły nacisku nie stawiała oporu i dobrowolnie
ustępując.
Wszedłem na podwórko i
zamknąłem za sobą furtkę. Otworzyłem drzwi od domu, przekraczając próg
zdjąłem buty, które rzuciłem pod szafkę, a potem kurtkę i odwiesiłem ją
na wieszak. Przeszedłem korytarz i po schodach wspiąłem się na piętro,
gdzie wszedłem do mojego pokoju. Rzuciłem plecak na łóżko. Przebrałem
się w pierwsze lepsze ciuchy wzięte z szafy i zszedłem na dół. Zajrzałem
jeszcze do łazienki, by umyć ręce i twarz. Spojrzałem przy okazji w
lustro. Zielone duże oczy bacznie obserwowały twarz drobnego i niskiego
dziewiętnastolatka z burzą kruczoczarnych włosów. W kuchni zjadłem
jakieś kanapki przygotowane na szybko. Wyjąłem z jednej z szuflad gumowe
rękawiczki i wyszedłem przez drzwi na taras, a z tarasu do ogrodu. Pod
ścianą stała zielona kilku litrowa konewka. Nalałem do niej wody prawie
do pełna. Podszedłem z nią pod grządkę z kwiatami. Przyjrzałem się ziemi
w okół kwiatów w poszukiwaniu jakiś nie chcianych osobników, ale
nigdzie nie znalazłem żadnych chwastów. Może dlatego, że wczoraj
pyliłem. Podniosłem konewkę z trawy i podlałem rośliny.
- No cóż, nie mam tu nic więcej do roboty. - powiedziałem sam do siebie.
Odłożyłem konewkę na jej
stałe miejsce i wróciłem do domu. Odłożyłem rękawiczki do szuflady w
kuchni i wtedy po domu rozniósł się dźwięk mojej ulubionej piosenki
"Sofia" Alvaro Sorela. Pośpiesznie wbiegłem na piętro i do mojego
pokoju. Rzuciłem się na łóżko. Chwyciłem w dłonie dzwoniący telefon i
kliknąłem zieloną słuchawkę.
-Halo.
- Alois? Tu mama. - w
słuchawce usłyszałem głos mojej rodzicielki. - Pojechaliśmy z tatą do
cioci. Wrócimy w niedziele pod wieczór. - Fajnie weekend spędzę z moim
"kochanym" braciszkiem. - Twój braciszek nocuje dzisiaj u dziewczyny,
więc zostajesz dzisiaj sam w domu, tylko go nie roznieś. - W słuchawce
było słychać cichy chichot. - Całuski. - ciche cmoknięcie. - Pa
- Do zobaczenia. Pozdrów ciocie i brzdące.
Zajebiście sam w domu,
bez tego małego zarozumialca. Spojrzałem na zegarek w telefonie, który
pokazywał godzinę "22:39". Po gruntownych przemyśleniach stwierdziłem,
że nie mam nic lepszego do roboty i odpaliłem komputer. Poprzeglądałem
trochę facebooka i poczytałem kilka artykułów o hodowli roślin. Ponownie
sprawdziłem godzinę, była "23:43". Doszedłem do wniosku, że nie chce mi
się więcej przeglądać sieci i wyłączyłem urządzenie. Kiedy na monitorze
wyświetlał się napis "Zamykanie systemu" zadzwonił mój telefon.
Spojrzałem na jego wyświetlacz. Dzwonił Brian, kliknąłem na zieloną
słuchawkę, odbierając połączenie i przystawiłem komórkę do ucha.
-Halo?
- Alois, idziesz dzisiaj do tego domu? - zapytał z nadzieją chłopak.
- Nie chce mi się za bardzo.
- No chodź będzie
fajnie. - podekscytował się fan zjawisk paranormalnych ... - Podobno
mają być jakieś dziewczyny. - i wielki zboczeniec.
- Eh. - Westchnąłem głośno. - No dobrze i tak nie mam nic ciekawszego do roboty. - Zgodziłem się, choć niezbyt chętnie.
- Szykuj się szybko. - Westchnąłem. - Stoję już pod twoim domem.
- Co?! - Zdziwiony
podszedłem do okna i wyjrzałem przez nie. Pod bramą stał mój przyjaciel z
swoim ukochanym skuterem. - Już schodzę.
Skończyłem rozmowę,
wciskając czerwoną słuchawkę i schowałem telefon do kieszeni.
Pośpiesznie zbiegłem na dół. Szybko założyłem tenisówki i ściągnąłem
kurtkę z wieszaka. Chwyciłem klucze z szafki i wybiegłem z domu,
zamykając za sobą drzwi. W biegu do furtki założyłem kurtkę.
- Hej. - przywitałem się z Brianem i zamknąłem za sobą furtkę.
- Cześć. Trzymaj. - podał mi kask i poklepał miejsce za sobą. - Siadaj.
Posłusznie usiadłem i
złapałem się siedzenia, a on odpalił swój skuter i ruszyliśmy w drogę.
Na miejscu byliśmy trzy minuty przed czasem. Brain miał rację, było
kilka dziewczyn, ale nie za dużo, większość z nich była z naszej klasy.
Oprócz nich było kilku chłopaków, również z naszej klasy. Brian
zatrzymał się tuż pod bramą. Zszedłem z jego skutera, on zrobił to po
mnie, podprowadził skuter pod płot posiadłości i postawił go na stopce.
- Cześć. - przywitał nas Joseph podchodząc do nas.- Fajny skuter Brian. - pogłaskał maszynę po siedzeniu. - Jaki to model?
Zdjąłem kask i odłożyłem go na siedzenie skutera, jak tylko blondyn się od niego odsunął.
-TORQ VIVO - odpowiedział mój kumpel.
-Yhym. Nie kojarzę. - stwierdził Joe, po czym spojrzał na mnie. - Myślałem, że nie przyjdziesz.
- Nie miałem nic do roboty w domu. - Wzruszyłem ramionami.
Wyjąłem telefon z kieszeni i sprawdziłem godzinę.
- Północ. - poinformowałem chłopaków. - Wchodzimy? - zapytałem.
- Wchodzimy - Wszyscy
obecni zebrali się koło furtki i najodważniejszy z nas wszystkich, czyli
Joseph, pchnął furtkę, która pod wpływem ruchu zaskrzypiała, nie
miłosiernie drażniąc nasze uszy. Szliśmy powoli w stronę budynku,
rozglądając się nerwowo dookoła.
Najdelikatniejszy
szelest powodował u nas gęsią skórkę. Po kilku minutach, może sekundach
terroru psychicznego doszliśmy wreszcie do drzwi domu. Kilka osób
wyciągnęło komórki lub latarki i oświetliło nam obszar dookoła. Joseph
otworzył drzwi, które jak furtka zaskrzypiały wpuszczając nas do środka.
Najpierw próg przekroczył organizator wypadu, potem byłem ja i za nami
do środka wlała się reszta towarzystwa. W środku było ciemno, bardzo
ciemno. Rozglądałem się dookoła podziwiając wnętrze. Mimo zewnętrznego
wyglądu domu wnętrze było urządzone nowocześnie i było tu w miarę
czysto. Wnętrze nie wyglądało na opuszczone paręnaście lat temu, może
maksymalnie tydzień temu, ale nie lata. To było dziwne, ale w tym
momencie niezbyt myślałem racjonalnie, przerażony do szpiku kości przez
panującą ciemność, która zdawała się pochłaniać światło latarek.
Trzymaliśmy się w grupie, nikt nawet nie myślał się rozdzielać, tak jak
to robią w tych kiepskich horrorach. Powoli zmierzaliśmy w kierunku
schodów, nagle z góry dobiegł do nas dźwięk trzeszczących desek i
płynącej wody. Większości osób włosy stanęły dęba ze strachu, w tym mi.
Poczułem wtedy jak coś ciepłego łapie moją dłoń. Myślałem, że wyskoczę z
skóry ze strachu, ale się powstrzymałem i spojrzałem na właściciela
dłoni. Okazał się nim być blondyn. Zdziwił mnie ten gest. Uniosłem jedną
brew i z niemym pytaniem przeniosłem wzrok z jego twarzy na dłoń i z
powrotem. On tylko posłał mi delikatny uśmiech. Lekko ścisnął moją dłoń,
po czym puścił ją. Nie skomentowałem tego zachowania, puszczając je w
nie pamięć w tym momencie. Deski schodowe zaskrzypiały, a dziewczyny
zaakompaniowały te dźwięki własnymi piskami tuląc się do osób będących
najbliżej. Wszyscy spojrzeli w tamtą stronę, dokładniej na szczyt
schodów, ale nikogo nie było widać, a deski trzeszczały i skrzypiały, co
chwilę bliższa i bliższa, tak jakby ktoś po woli schodził po nich w
dół. Trzaski zatrzymały się gdzieś w połowie schodów. Wtedy stało się
coś czego nikt się nie spodziewał.
- Co tu robicie? - po
pomieszczeniu rozniósł się echem donośny męski głos, zamrażając obecnym
krew w żyłach. Wszyscy z krzykiem zerwali z miejsca i zaczęli biec w
stronę drzwi, trącając się nawzajem. Nie zważając na innych parli do
drzwi. W pewnym momencie całego tego rozgardiaszu oberwałem z łokcia w
głowę i straciłem przytomność.
Komentarze
Prześlij komentarz