Szkoła dla czarodziej - rozdział I
Moi rodzice zginęli w
nie wyjaśnionym wypadku, z którego tylko ja uszłam z życiem. Ich
pogrzeb, czyli Helen i Billa Blacków odbył się dwa dni temu. Ludzie z
domu dziecka szukają moich krewnych, którzy mogli by mnie zaadoptować.
Będą mieli z tym problem, ponieważ moi dziadkowie nie żyją, a o żadnej
cioci czy wujku nic nie słyszałam, a przynajmniej nie słyszałam, aż do
teraz.
- Lily udało nam się
znaleźć jedną z twoich krewnych. – Z radosnym uśmiechem poinformowała
mnie pani z Domu Dziecka dla magicznych dzieci, w skrócie dla dzieci
magicznych istot. - Jeśli ona cię nie przygarnie, będziesz musiała z
nami zostać. - kobieta uśmiechnęła się do mnie pokrzepiająco.
Przyjrzałam się uważniej kobiecie. Wygląda, jakby miała z 24 lata. Jej
krótkie rude włosy z złotymi pasemkami sięgają jej do brody, a oczy
koloru capuchino, przywyknięte do obdarzania ludzi, a zwłaszcza dzieci
troskliwymi spojrzeniami posiadały krótkie, ale gęste rzęsy. Malinowe
usta wiecznie ułożone w delikatnym uśmiechu dodają otuchy dzieciną,
wypowiadanymi przez nie słowami. Swoją szczupłą figurą pewnie nie raz
zawróciła w głowie nie jednemu mężczyźnie.
~Wygląda prawie jak modelka, ciekawe czemu nie ma chłopaka.~ Uśmiechnęłam się do swoich myśli.
***
Stanęłyśmy przed wielkim i starym budynkiem porośniętym gdzie nie gdzie bluszczem, który był jak mnie mam szkołą
dla czarodziej. W słowie stanęliśmy chodziło mi o mnie i kobietę z domu
dziecka, która tak przy okazji ma na imię Kate.
- To jest szkoła twojej
cioci, Lily. - Spojrzała na mnie i uśmiechnęła się by dodać mi otuchy.
Podeszła do nas kobieta w mniej więcej wieku mojej mamy, no może trochę starsza. Ma
blond włosy, nie wiem jakiej długości, bo miała je związane w koka. Jej
burzowego koloru oczy przysłonięte były przez długą i prostą grzywkę. Cerę miała bladą, niczym kakao z dużą, naprawdę dużą ilością mleka, różane wąskie usta i mały zadarty nos, gdybym miała zgadywać
oceniła bym jej wiek na jakieś trzydzieści cztery lata. Odziana była w szarą dopasowaną marynarkę, tego
samego koloru spódnicę do kostek i czarne buty na niskim obcasie. Przyjrzała mi się
badawczo. Jej oczy wpatrywały się we mnie, jak by chciała zajrzeć w moją duszę. W końcu odezwała się
przerywając krępującą ciszę , która nastała z jej przyjściem.
- Zapewne to ty jesteś
Lily Black. Jesteś strasznie podobna do matki, chociaż masz kolor włosów
po tacie, a oczy po babci. - Uśmiechnęła się pokrzepiająco do mnie. - Nazywam się
Sophie Mavel i jestem starszą siostrą twojej mamy. Od tej
pory możesz uważać moją szkołę za swój dom. - Wypuściłam powietrze z
płuc, nawet nie wiedziałam, że je wstrzymuje. Kobieta zwąca się moją ciocią wzięła moją małą
walizkę i odwróciła się w stronę Kate. – Dziękuje, że przywiozłaś mi
moją siostrzenicę, ale musimy się już pożegnać. - Po tych słowach odwróciła się plecami do mojej byłej opiekunki i chwyciła delikatnie moją dłoń.
Razem z ciocią skierowałyśmy się w
stronę drzwi wejściowych, po drodze odwróciłam się w stronę Kate, żeby pomachać jej z uśmiechem na do widzenia. Ciocia zaprowadziła mnie do wolnego pokoju,
przy jej sypialni, który znajdował się na drugim piętrze. Po drodze opowiadając mi parę ciekawostek o moich rodzicach. Kobieta zostawiła mnie samą z tłumaczeniem, że musi załatwić jeszcze parę rzeczy. Potulnie więc rozpakowałam swój niewielki dobytek. Chwilę później umierałam z nudów. Nie mając co robić wyszłam z pokoju z postanowieniem zwiedzenia szkoły w której teraz dane będzie mi mieszkać. Zobaczyłam stołówkę na
parterze, wszystkie sale do lekcji na pierwszym piętrze, piętra
mieszkalne, które zaczynały się od trzeciego piętra do szóstego i tak
dalej. Na sam koniec wyszłam do ogrodu. Był piękny, porośnięty różnymi
magicznymi i nie magicznymi kwiatami. W centrum ogrodu rósł mały labirynt z
żywopłotu. Prowadzona przez ciekawość przekroczyłam jego progi i oglądałam pomniki i postacie wyrzeźbione w kamieniu, które
stały tam jako ozdoba, a przynajmniej tak to wyglądało, tak naprawdę
byli to uśpieni strażnicy mający za zadanie chronić szkołę przed złem.
Na samym końcu tego pięknego labiryntu rosła stara wierzba, a pod jej
delikatnymi, powiewającymi na wietrze gałązkami mieściła się drewniana
ławeczka. Podeszłam bliżej i zauważyłam, że siedzi na niej jakaś
płomiennowłosa dziewczyna. Chciałam się już wycofać, ale na moje
nieszczęście zauważyła mnie.
- Hej! Zaczekaj, może się przysiądziesz? - zapytała.
- Dobrze. -
odpowiedziałam nie śmiało, podeszłam i wdrapałam się na huśtawę. Jak na
czterolatkę byłam całkiem zwinna. Usiadłam obok niej. Uważnie
przyjrzałam się jej, a ona mi. Dziewczyna jak już wcześniej wspomniałam
posiada długie i proste włosy o kolorze świeżej krwi, sięgające do
połowy pleców. Duże czekoladowe oczy z wachlarzem rzęs chronią okulary z
czerwoną oprawką umiejscowione na małym nosku. Z jej twarzy zjechałam
na jej sylwetkę. Jakby to ujął facet? O! Już wiem! Rudowłosa jest płaska
jak deska, nie posiada, żadnych krągłości, którymi mogła by się
pochwalić. Pomijając jej sylwetkę zwróciłam uwagę na jej ubiór. Ubrała
białą bluzkę z różowym napisem i czarnym obrazkiem, a na to zielony
sweterek z rękawem do łokci i jasno niebieskie rybaczki. Na nogach ma
czerwone conversy z zielonym wzorem. Nagle moje obserwacje przerwał
słodki i łagodny głos dziewczyny.
- Część jestem Jessica Ramsey. - posłała w moją stronę uśmiech, lecz ja jej nie odpowiedziałam. - A ty mała? Jak się nazywasz?
- Tylko nie mała! - Zaprotesowałam i szybko odwróciłam twarz w innym kierunku naburmuszona.
- Nie obrażaj się. Przepraszam. Dobrze? - Jessica spojrzała na mnie dziwnie łagodnym wzrokiem.
- Dobrze. -
wymamrotałam. Z powrotem odwróciłam się w jej stronę. - Nazywam się Lily
Black. - wyciągnęłam moją malutką dłoń w stronę dziewczyny, ona
wyciągnęła rękę w moją stronę i uścisnęłyśmy sobie dłonie. I tak właśnie
zaczął się mój pierwszy dzień w szkole dla czarodziej.
Komentarze
Prześlij komentarz